|
by Vietnam .. we wnętrzu samolotu panował lekki półmrok. Gdzieniegdzie, lekkim w oko, z którymkolwiek członkiem drużyny. Najtrudniej było to jednak uczynić ze Słyszem, gdyż z opartego o ścianę, opuszczonego do to jedyna oznaka, świadcząca o fakcie, iż nie jest on martwy. Czas w samolocie dłużył się jak czekanie na dzwonek świadczący o zakończeniu ostatniej lekcji w szkole. I pewnie taka atmosfera trwała by do końca, gdyby ktoś z drużyny nie rzucił ładownicą w śpiącego Słysza. Podskoczył do góry z wyrazem twarzy, jakby właśnie przed chwilą ktoś wypchnął go z kolejki po papier toaletowy w czasie trwania stanu wojennego. Nikt z nas nigdy nie dowiedział się co mu się wtedy śniło, ale jego reakcja i wyraz twarzy spowodował, iż na wszystkich twarzach pojawił się lekki uśmiech. Widać było od razu, że wszystkie złe myśli dotyczące tej misji poszły w niepamięć. I nikt w tym momencie nie musiał nic mówić, pierwszy swą prawą dłoń wysunął do przodu Gruby... potem już po kolej każdy z drużyny, po prostu dokładał swoją prawą dłoń, aby na koniec w jednym głośnym okrzyku "HHUUUUUAAAAAAAAA" poczuć jedność Squadu... Światło we wnętrzu kabiny zmieniło się z zielonego na czerwone. Każdy wiedział co to oznacza. Pierwszy wstał Patton. "Panowie... czas nam zaczynać" - powiedział krótko. Nigdy nie był zbyt dobry w oficjalnych przemówieniach. Nikogo z drużyny jednak to nie obchodziło, gdyż nadrabiał to swoimi umiejętnościami na polu walki. Następnie było już tylko słychać szczęk karabińczyków umieszcanych na metalowym splocie linek, nad naszymi głowami, i dźwięki ostatniego kroku postawionego wewnątrz samolotu przed oddaniem skoku..... CDN |


